piątek, 18 maja 2018

Jedwabny Szlak

No i tak jakoś niepostrzeżenie zrobiła się nam połowa maja. Zamiast obiecanych zaległości blogowych było wycinanie, przerzucanie kompostu, nawożenie, pielenie, dzielenie, przesadzanie, podlewanie...itd.
I końca nie widać.
Nie, wróć, widać - ponoć zapowiadają upały. No to będzie głównie podlewanie.
Bardzo twórcze i inspirujące, czyż nie? ;-)

A ponieważ chwilowo pada, więc wykorzystałam okazję, by zaprezentować efekty pewnego knitologicznego wyzwania, jeszcze z ubiegłego roku. Bo latem 2017 Dorota Knitolog (w podróży, a jakże!) zaprosiła dziewiarki na wyprawę jedwabnym szlakiem. I tak późnym latem zaczął powstawać mój sweterek z jedwabnej burety, konkretnie - z jednego 200-gramowego motka bourette Campolmi.
Powstawał z przerwami (przy drutach 1,75 to chyba nic dziwnego?) do początków stycznia. Potem długo czekał na zdjęcia, a w końcu zdjęcia na publikację.

I wreszcie jest - szara, zimowa, minimalistyczna sesja mojego Jedwabnego Szlaku:



Sweterek równie minimalistyczny jak sesja zdjęciowa, chociaż nie szary ;-)
Najprostszy w świecie raglan z korpusem lekko poszerzanym ku dołowi, ozdobiony tylko delikatnym rzędem dziurek. Niesamowicie wygodny, ciepły wtedy, kiedy ma grzać i chłodny, kiedy ma być ubraniem na upał - ostatnio posłużył mi nawet jako bluza w góry, zamiast obowiązujących 'nowoczesnych' plastików. A dla niewprawnego oka łudząco podobny do niepozornego bawełniaka. Uwielbiany od pierwszego założenia.
Myślę, że to nie będzie moje ostatnie spotkanie z buretą na jedwabnym szlaku :)


Bransoletka malowana ręcznie na skórze, to moje jeszcze bardziej zamierzchłe dokonanie, z czasów studenckich. Przetrwała próbę czasu - lubię i noszę do tej pory.

A skoro jesteśmy przy starociach i ich fotografowaniu...


Na sesję sweterkową na krzywy ryj załapał się "szaliczek-podróżniczek" (to też określenie Doroty), który objechał (i obleciał) ze mną kawałek świata i jest namacalnym dowodem na to, że drewniane druty przechodzą przez kontrole na lotniskach. Wyjazdowo-spotkaniowo-drutozlotowa robótka, 600m/100 g Lace Dream z Zagrody, zaczęty we wrześniu 2016, skończony dokładnie rok później, w drodze powrotnej z Torunia.


Taki zwykły, prosty ukośnik, z niewielkim ażurem na szerszym końcu. O jego urodzie stanowi włóczka - przemiły w dotyku merynosowy singiel, w pięknym zagrodowym farbowaniu.


I to by było, chwilowo, na tyle.
Nic już nie obiecuję, kiedy będzie cd., to będzie ;-)
Pozdrawiam serdecznie :)

piątek, 9 marca 2018

Szpinakowe Wzgórze

Tym razem się sprężyłam.
Z farbowaniem, dzierganiem, zdjęciami i blogiem.
Oto ona: chusta Strawberry Hill , projekt autorstwa Pam Jemelian, w mojej (zielonej) interpretacji.
Spinach Hill.




Dziergało mi się ją fantastycznie.
Poszczególne sekcje robi się bardzo szybko, a pasma ściegu francuskiego też się nie dłużą, bo co dwa rzędy zmienia się kolor. A jeszcze dodatkowo zmienia się odcień samej nitki. Dlatego lubię takie plamiste farbowania :)



A to fotka z dedykacją dla Knitologa.
Wieszak tym razem prawie współczesny (z ery dekupażu), a na wieszaku przysiadł taki oto pluskwiaczek:


I chusta w całej podłogowej okazałości:


To jeszcze dane techniczne:
Strawberry Hill , projekt autorstwa Pam Jemelian
Włóczka merynos 60%, kaszmir 40%, 350m/100g, zużycie 200 g, farbowanie moje na zielonej bazie (klik).
Wprowadzilam drobne modyfikacje w zakończeniu chusty - zrezygnowałam z oryginalnego borderu na rzecz szerokiego pasa naprzemiennie biegnących żeberek z obu kolorów i całość zakończyłam rzędem ażurowych dziurek, nawiązując w ten sposób do ażuru, jaki tworzy się na pozostałych krawędziach chusty.

To moja pierwsza chusta w tym kształcie (tak w ogóle to trzecia - dwie pierwsze to zaległości, które mam zamiar jeszcze tu pokazać). Już ją bardzo lubię i na pewno tę konstrukcję jeszcze powtórzę w innej wersji.

Pozdrawiam i do rychłego zobaczenia (mam nadzieję) :)

wtorek, 6 marca 2018

Rdza

Rdza albo cegła, czyli farbowany zabytek, o ten (klik).
Męski bezrękawnik, skończony kilka tygodni temu, wreszcie doczekał się zdjęć na modelu. Tym razem minimalistycznie, na tle szarej ściany. 16 stopni mrozu to nie jest dobra pogoda do stylizacji plenerowych ;-)




Inspiracją był wzór z rosyjskiej strony , z którego zaczerpnęłam właściwie tylko fason, wymiary i kolejność wykonania plis. Reszta to moje modyfikacje - ścieg wybrał sam zainteresowany, pomysł na wykończenia i-cordem urodził się w trakcie.
I-cordowe dziurki na guziki, schowane w plisie, wypatrzyłam na stronie Intensywnie Kreatywnej.


I jeszcze na koniec dwie fotki wieszakowe:




Pozdrawiam  :)

środa, 28 lutego 2018

A jednak dziergam... ;-)

Żeby nie było.
Że tylko farbuję, farbuję i wrzucam do pudła.
Rzutem na taśmę postanowiłam pokazać, co udziergałam z tej porzeczkowej farbowanki.
Otóż skarpetki, jak na włóczkę skarpetkową przystało ;-)




W czasach prehistorycznych skarpetki dziergałam wręcz seryjnie. Ale chcąc iść w góry w porządnych wełnianych skarpetkach, trzeba je było sobie udziergać, takie były czasy. Znałam wtedy jedną-jedyną, jedynie słuszną metodę wyrabiania pięty, oczywiście od góry. Za to teraz postanowiłam nauczyć się innych metod, na początek od palców.
To już moje drugie skarpetki dziergane w ten sposób, pięta wzmocniona wg przepisu Intensywnie Kreatywnej.

Pierwsze-najpierwsze, dziergane od palców też wykonałam wg tutorialu IK (Razempetki). 
Pięta kształtowana w sposób chyba najprostszy, rzędami skróconymi. Zdjęcie tylko jedno, tak w celach dokumentacyjnych, bo to takie zwykłe, zwyczajne burasy ;-)


Obie pary mają długaśne cholewki, bo tak lubię i już  ;-)
I muszę się zgodzić z dziewiarkami-skarpeciarkami.
Dzierganie skarpetek wciąga! Oj, wciąga ;-)

Pozdrawiam cieplutko, na przekór temu, co za oknem.

poniedziałek, 26 lutego 2018

Bez zaskoczenia

No i tyle wyszło z moich planów pokazywania zaległości :/
Styczeń i luty w większości przechorowałam, z większym lub mniejszym nasileniem, jak nigdy od wczesnego dzieciństwa.
W związku z powyższym nie chciało mi się robić zdjęć ani tym bardziej ich obrabiać, o redagowaniu wpisów nawet nie myślałam. Jednak udziergało się to i owo, nawet coś się tam ufarbowało i uprzędło, więc stosik zaległości urósł do rozmiarów całkiem pokaźnego szczytu ;-)

No to żeby podkarmić trochę wygłodzonego bloga (i ego autorki zarazem) bez większego rozpisywania się pokażę moją ostatnią farbowankę.
Czy ktoś czuje się może zaskoczony kolorami?
;-)





? :D

Tym razem nie farbowałam od zera - bazą była 'bardzo solidna zieleń' , czyli gładka włoczka w fabrycznie zielonym kolorze, bez niuansów, tzw. farbowanie solid.
Stan wyjściowy możecie porównać na roboczej fotce z telefonu - to ten gładki precel na dole zdjęcia, poniżej dwóch już przewiniętych farbowanek (wiem, jakiej jakości to zdjęcie, ale dodatkowo w bury dzień robione):


Dzierga się już chusta. Od czasu tej fotki przybyło jej już dość sporo, bo wzór wciąga hipnotycznie.


 I to na dzisiaj tyle, bardzo serdecznie pozdrawiam wszystkich czytelników i oglądaczy :)

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Zabytek. I inne ekscesy.

Jesiennie.
Kolory i zdjęcia.
Zaległości cd.

Kilka tygodni temu wpadło mi w ręce (dzięki, Patka!) pół kilograma zabytku. Włóczka prawdziwie koneserska. Dziedzictwo materialne głębokiego PRL-u. Szorstka, gryząca wełna w kolorze naturalno-niewyględnym, z dodatkiem 20% sztuczności, którą udało się zidentyfikować jako rodzaj poliamidu. Z wyrafinowaną etykietą, której fotkę zamieszam poniżej :)

Z trudem powstrzymałam się, by koneserskiej włóczki nie potraktować kolekcjonersko - w końcu nie co dzień trafia się taka zdobycz. Ale przeważyły zalety utylitarne.
Tak. Same zalety.
Nie dość, że odporna na pranie i męskie użytkowanie, to jeszcze łatwa do farbowania. A że w planach miałam męską kamizelkę, na którą usilnie poszukiwałam 'niemerynosa'*, to spadła mi jak z nieba.

Zdjęć "przed" nie mam - tak wygląda już ufarbowana; na rdzę, albo jak kto woli - na przepalony klinkier:




I wspomniana wyżej klimatyczna etykieta.
Zdjęcie robione telefonem w bardzo ciemny dzień wpisuje się w efekt 'vintage' ;-)



A poza tym dokonałam niemożliwego ;-)
Znajoma dziewiarka poprosiła mnie o ufarbowanie kaszmiru, na bardzo ściśle określony kolor.
Już sama nazwa surowca powoduje, że ręce się trzęsą, ale nic to - właścicielka niteczki wsparła swoją prośbę argumentem, że nie ma nic do stracenia, bo koloru wyjściowego (skądinąd pięknej szarości) i tak nosić nie będzie.
No i najlepiej żeby jednolicie było.

Najpierw uprzedziłam, że w domowych warunkach nie ma szans na uzyskanie farbowania 'solid' (gładki, jednolity kolor) i że różnice w odcieniu będą i to dość znaczne. Po czym... postawiłam sobie za punkt honoru uzyskanie takiego efektu. Farbowanie zajęło mi co prawda cały dzień, etapami, ale - co wyszło, możecie ocenić na fotkach.




Kolor wzorcowy w lewym górnym rogu.
Zdjęcia nie oddają w pełni rzeczywistego odcienia, ale na fanaberie jesienno-zimowego słońca nie jestem w stanie wiele poradzić, a programy do obróbki zdjęć też nie są doskonałe.

Wystarczy na dzisiaj.
Pozdrawiam Was serdecznie :)
A następne ufarbki się suszą.

*) A o co chodzi z tym 'niemerynosem', napiszę kiedy indziej - pewnie przy okazji jakichś szorstkich, gryzących skarpet. Takich z prawdziwego zdarzenia, które grzeją, a nie oblepiają stopę mokrą szmatą ;-)

wtorek, 12 grudnia 2017

Zaległości. Od końca.


Zeszło mi trochę. 
Trochę ;-) 
Ale to nie znaczy, że nic nie robiłam.
Jakoś przez ostatnich kilka miesięcy nie miałam fazy na siedzenie nad zdjęciami, bardziej po drodze mi było z działaniami w realnym świecie, niż w wirtualnym. Powstało przez ten czas trochę udziergów, uprzędów i ufarbków. 

Udziergów na razie nie mogę pokazać, bo - uwaga, uwaga! - zadebiutowałam jako testerka wzorów, a wzory, jak to wzory, muszą swoje odczekać, zanim autorka rzuci hasło: publikujemy!

Ale żeby nie było - coś tam własnego też udziergałam. Zaczynam więc od końca. 
Udzierg z własnego ufarbku i uprzędu. Taki nieduży udzierg.

Bo co można zrobić z 90 metrów?
O tej porze roku? ;-)
Czapkę :)






Leżała w szafce taka samotna, zapomniana owieczka z Falklandów, ok. 20 mic., kupiona jeszcze rok temu. Taka biała wata.
No przecież nie mogla zostać taka samotna i zapomniana. I biała ;-)
To ufarbowałam.
50 g - czyli ilość "na nic". Czyli na czapkę :)


Poniżej etapy pośrednie (zdjęcia zupełnie robocze, na szybko, z telefonu):



Zdjęć singla nie ma, pogoda i moja niecierpliwość nie pozwoliły.
Zima idzie, a ja w kaszkieciku ;-)
Potroiłam metodą navajo - wyszedł mikromoteczek - miękki, puszysty grubas, 90 m:


I na koniec jeszcze jeden mikromoteczek - wygrzebane z szuflady 47 g gotlanda. Z niewielkim dodatkiem kolorowych plamek z jedwabiu tussah. Chyba nie zostanę wielbicielką tej owieczki.
Taki se mało wydajny sznurek, było zostawić na brodę dla dziada w jasełkach ;-)



W sesji udział wzięły ponadto:
bransoletka z koralików autorstwa Basi, naszej krakowskiej dziewiarki, uzdolnionej nie tylko dziewiarsko,
miniaturka wody toaletowej Timbuktu, L'Artisan Parfumeur
i sznurek kryształów górskich, który ma kiedyś doczekać się przetworzenia w jakąś inną postać.

Dobrnęliście do końca? To wielcy jesteście.
Ja też, z tego samego powodu ;-)

Pozdrawiam :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...